Śledztwo

Na ostateczne i bezsporne wyjaśnienie okoliczności śmierci „Anody” jest już, niestety, za późno. Śledztwo, które przeprowadzono w latach dziewięćdziesiątych, było spóźnione o co najmniej kilkanaście lat. Czy uda się zatem potwierdzić kiedykolwiek tezę o zamordowaniu Jana Rodowicza – bohatera Grup Szturmowych, legendy Batalionu „Zośka”? Czy jeszcze będzie można ostatecznie obalić oficjalną wersję bezpieki o jego samobójczym skoku?

Zdaniem historyków, to drugie już się w dużej mierze dokonało w powszechnej świadomości, choć bez oficjalnych potwierdzeń. Rodzina Rodowiczów oraz przyjaciele „Anody” wciąż jednak wierzą, że kiedyś uda się dotrzeć do historycznej prawdy. Oficjalną wersję o jego samobójstwie odrzucali od samego początku, jako sprzeczną z jego charakterem i osobowością. Ich zdaniem mógłby wyskoczyć przez okno, by uciec – nie po to, by się zabić.

Pretekst – bojler, szczur, broń…

Został aresztowany w Wigilię – 24 grudnia 1948 roku – z inicjatywy ppłk Julii Brystiger, dyrektora Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Nazwisko tej stalinowskiej funkcjonariuszki wywoływało podówczas dreszcze grozy wśród warszawiaków. Formalnie nakaz wydał mjr Wiktor Herer, ówczesny naczelnik Wydziału IV Młodzieży Departamentu V MBP, który specjalizował się w inwigilowaniu środowisk artystycznych i akademickich. W latach dziewięćdziesiątych opowiadał śledczym, że aresztując „Anodę”, chcieli wraz z Brystigierową uchronić go przed o wiele groźniejszym w skutkach dostaniem się w ręce szefa Departamentu Śledczego, płk. Józefa Różańskiego, kata wielu żołnierzy AK.

Przyczyną aresztowania miał być hipotetyczny zamach na wdowę po Feliksie Edmundowiczu Dzierżyńskim (twórcy bolszewickiej policji politycznej), która 22 grudnia 1948 roku gościła w Belwederze. Wybuch kotła w łazience tuż przed kąpielą owej damy był dla bezpieki znakomitym pretekstem do zaatakowania środowiska Powstańców. Aresztowania zaczęto od „Anody”, ale wkrótce potem objęły kolejnych „zośkowców”. Fakt, że po kilku dniach od zatrzymania Rodowicza wyjaśniło się, iż przyczyną wybuchu w Belwederze była zwyczajna awaria, w gmachu przy Koszykowej zlekceważono.

Ci, którzy pozostawali na wolności, byli zdezorientowani. Przyjaciele „Anody” na wieść o zatrzymaniu kolegi rozważali prawdopodobne jego przyczyny – łącznie z poleceniem samego Bolesława Bieruta, którego córka również studiowała na Wydziale Architektury. Tzw. sprawa szczura – wirującego na sznurku przy wtórze niepochlebnych okrzyków o jej ojcu-prezydencie – acz autentyczna, jako przyczyna aresztowania Rodowicza, który nie miał z tym nic wspólnego, graniczyłaby z absurdem na równi z podejrzeniem o zamach.

Najbardziej prawdopodobną przyczyną aresztowań był fakt, że w środowisku „zośkowców” działał konfident UB, który doniósł, że Rodowicz zna miejsca zmagazynowania broni i jako dowódca ze słynnego batalionu wie dużo, więc powinien się tą wiedzą podzielić. A może po prostu przyszedł czas na ostateczną rozprawę z niepodległościową konspiracją i wprowadzenie stalinowskiego terroru?

Sekretny pochówek

Na początku marca 1949 roku Kazimierz Rodowicz otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, którym mjr Mieczysław Dytry donosił, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku”, i że został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach jako NN.

Kilka dni po tej wiadomości rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany, co jego matka zrelacjonowała w 1968 roku: – Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się być znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „zośkowców” w 1945 roku, przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił [...] trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów [...] proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”.

– Mogiła była w środku cmentarza w drugim rzędzie, pokryta, jak cały cmentarz, śniegiem – pisała Zofia Rodowicz. – Pani zarządzająca ekshumacją, zapytana przeze mnie w cztery oczy, czy pamięta pogrzeb mojego syna w dniu 12 stycznia, powiedziała mi, że wszyscy w biurze pamiętają, iż tego dnia, pod wieczór, kilku młodych ludzi z Urzędu Bezpieczeństwa przywiozło ciężarówką zawinięte w kocu ciało, zakupili więzienną trumnę, bez świadków sami złożyli zwłoki do trumny i kazali natychmiast wieźć na cmentarz komunalny i pochować jako NN. […] Opisuję wszystko tak szczegółowo, gdyż sprawa wyglądała zagadkowo… – zaznacza Zofia Rodowicz. – W czasie przekładania zwłok do naszej trumny stwierdziliśmy brak wszelkich oznak połamań nóg, żadnych wylewów, uszkodzeń twarzy, rąk – zapewniała matka „Anody”. – Był ubrany w swe wojskowe angielskie ubranie, zapięte agrafką pod szyją, ułożony starannie, uczesany, nawet kanty spodni były wyrównane.

Niejasna przyczyna śmierci

W ekshumacji przeprowadzonej przez rodzinę „Anody” uczestniczyła lekarka, Anna Rodowiczowa. Zbadała ciało na ile to było możliwe w tych warunkach, nie stwierdzając złamań, uszkodzeń głowy, których można się było spodziewać po upadku z wysokiego piętra. Zauważyła natomiast za uchem strużkę zaschniętej krwi… i okrągły, niewielki otwór.

Oficjalną przyczyną zgonu, podaną przez szefa Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwem w Sprawach Szczególnych mjr. Mieczysława Dytry w piśmie z 1 marca 1949 roku, był „krwotok z tętnicy głównej spowodowany upadkiem z okna” po samobójczym skoku. Ale według informacji, przekazanych nieoficjalnie rodzinie Rodowiczów, prof. Wiktor Grzywo-Dąbrowski, ówcześnie kierownik Zakładu Medycyny Sądowej, zaraz po śmierci „Anody” wykluczył samobójstwo, gdyż miał on wgniecioną klatkę piersiową. A to sugerowało inną przyczynę śmierci. Tę skrywaną pod przymusem tajemnicę Zofia i Kazimierz Rodowiczowie poznali dzięki współpracownikowi profesora, doktorowi Konstantemu Okolskiemu, w tamtych latach dyrektora Szpitala Dzieciątka Jezus.

W protokole sekcji, którego prof. Grzywo-Dąbrowski nie chciał podpisać, jako przyczynę śmierci podano krwotok. Sam profesor zauważył wgniecione żebra, o czym w protokole nie było słowa. Rodzina znalazła ślad postrzału – prawdy do dziś nie udało się ustalić.

Znikające dokumenty

Przez lata PRL sprawa Rodowicza owiana była tajemnicą. Organa państwowe, upubliczniwszy wersję skoku z okna, motywowanego chęcią ucieczki bądź popełnienia samobójstwa, przez lata zachowywały milczenie, dyskretnie zapobiegając inicjatywom zbadania sprawy.

Dopiero po upadku systemu, już w sierpniu 1991 roku, Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu rozpoczęła śledztwo w sprawie okoliczności śmierci „Anody”. Utrudniał je przede wszystkim brak związanych ze sprawą dokumentów, tak w MSW, jak i w archiwach Wojskowej Prokuratury. Fakt ten zdaniem historyków pośrednio potwierdzał tezę o zamordowaniu „Anody” w trakcie śledztwa. Gdyby Jan Rodowicz rzeczywiście popełnił samobójstwo, w interesie oficerów UB byłoby bezsprzecznie uprawdopodobnienie tej wersji dla środowiska byłych akowców, choćby za pomocą jak najobszerniejszej dokumentacji medycznej. Tymczasem protokołu z sekcji zwłok nie odnaleziono, wiele mówiąca jest też sama historia teczki z napisem „Jan Rodowicz Anoda”.

Że istniała, wiadomo niezbicie, w sierpniu 1969 roku widziała ją bowiem, a nawet trzymała w rękach pracownica archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, prywatnie zaś żona stryjecznego brata „Anody” Wojciecha, Elżbieta Rodowicz. Ponieważ obie gałęzie rodziny dla bezpieczeństwa nie podtrzymywały po wojnie kontaktów, nie była dobrze zorientowana w dziejach Jana, więc na widok teczki z nazwiskiem i naklejką „Zastrzelony podczas próby ucieczki” zareagowała spontanicznie: Pewnie to ktoś z rodziny…

I to wystarczyło – następnego dnia gruba, licząca dobrze ponad sto stron teczka, przeszyta bawełnianą nicią o końcach zaklejonych paskami papieru, znikła, Elżbieta Rodowicz zaś została zwolniona z pracy w trybie natychmiastowym.

Ponieważ do teczki „Anody” nie zdążyła wówczas nawet zajrzeć, próbowała to uczynić w roku 1990. W MSW dowiedziała się, że akta te zostały przekazane Ministerstwu Sprawiedliwości. Jednakże z oświadczeń prokuratora Stefana Szustakiewicza, w latach dziewięćdziesiątych prowadzącego śledztwo w sprawie śmierci „Anody” wynika, że nie znaleziono żadnej teczki z dokumentami dotyczącymi Jana Rodowicza, jego aresztowania i śmierci.

Ostatnie śledztwo

Podczas dochodzenia posługiwano się z konieczności odpisami protokołów z przesłuchań aresztowanych wówczas żołnierzy Batalionu „Zośka” i zeznaniami świadków.

W latach dziewięćdziesiątych byli oficerowie UB liczyli sobie siedemdziesiąt bądź więcej lat. Obaj – pod koniec lat czterdziestych major Wiktor Herer i porucznik Bronisław Klejn – kategorycznie zaprzeczali, jakoby Rodowicz był w gmachu resortu torturowany.

Klejn stwierdził, że tylko raz przesłuchiwał Rodowicza na polecenie swego przełożonego. Miał tylko za zadanie przetrzymać go przez kilkanaście minut i doprowadzić do szefa. Zapewniał też, że był to jego pierwszy i jedyny kontakt z „Anodą”, gdyż przesłuchiwanie go nie leżało w jego kompetencjach.

– Nie upilnowałem. Wymknął się – przyznawał Klejn. W świetle zeznań emerytowanego funkcjonariusza „Anoda” wyskoczył przez otwarte na oścież okno w pokoju, do którego sekretarka poleciła konwojentowi wprowadzić więźnia na czas oczekiwania na Herera.

Według funkcjonariuszy, od strony ambasady brytyjskiej, sąsiadującej z siedzibą ich resortu, do gmachu MBP dobudowano parterowy budynek gospodarczy. Skok na jego dach mógł więc ich zdaniem stać się dla „Anody” skokiem do wolności.

Co ciekawe, Klejn zapewniał, że nie wyjrzał nawet za skaczącym. Nie sprawdził, co się z uciekinierem dalej działo.

– Byłem w szoku. Wróciłem, żeby jak najszybciej zameldować, że wyskoczył. To czwarte piętro. Nie mógł przeżyć. Potem już się o tym nie rozmawiało.

Pytanie, czy człowiek inteligentny, a przy tym dalece niesprawny, ryzykowałby skok z czwartego piętra i próbę ucieczki przez mur na teren ambasady.

Według dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, „Anoda” był przesłuchiwany co najmniej czterokrotnie: zaraz po zatrzymaniu, 24 grudnia, a później 29 grudnia oraz 4 i 7 stycznia.

Bronisław Klejn twierdził w toku śledztwa, że nie podpisywał żadnego z protokołów przesłuchań Rodowicza, że takie dokumenty nie mają prawa istnieć. Odnalezienie jego podpisów na kilku protokołach „zatrwożyło” go – jak się wyraził. – Musiały zostać sfabrykowane już po śmierci „Anody” – oznajmił.

Rodowicza przesłuchiwał z pewnością Wiktor Herer. Julia Brystygierowa pisała o nim: Zdolny. Dobrze pracuje z agenturą. Decyzje podejmuje szybko, czasem jednak nie do końca przemyślane. Wadą jego charakteru jest porywczość i brak opanowania.

Herer, pytany przez śledczych, czy „Anoda” był bity podczas przesłuchań, odpowiadał: – Do naszego departamentu dobierało się takich ludzi, którzy nie byli do bicia.

A śmierć „Anody” wyjaśniał tak: – Bronisław Klejn prowadził go do mnie na przesłuchanie. Odepchnął Klejna, wskoczył na parapet i rzucił się z okna.

Według akt sprawy, zgon „Anody” stwierdził doktor Zygmunt Rusaczewski, a sekcję zwłok wykonał ppłk Kazimierz Rusiniak. Takie nazwiska nie figurowały jednak w ewidencji pracowników ani współpracowników MBP.

Przez cztery lata przesłuchano kilkadziesiąt osób, lecz mimo to nie udało się ustalić prawdy o ostatnich chwilach „Anody”. Jednoznacznej odpowiedzi nie przyniosło też przeprowadzone po ekshumacji badanie szczątków w warszawskim Zakładzie Medycyny Sądowej.

– Nie udało się potwierdzić tezy o przestępstwie – wyjaśniał wówczas wybitny antropolog, dr hab. Bronisław Młodziejowski. Na określenie przyczyny śmierci – czy to od kuli, czy w wyniku zgniecenia klatki piersiowej – ponad wszelką wątpliwość było już za późno.

W tej sytuacji śledztwo zostało umorzone. Pozostało po nim domniemanie, że zaginięcie, czy też zniszczenie teczki Rodowicza miało chronić funkcjonariuszy bezpieczeństwa z tamtych lat i uniemożliwić poznanie prawdy o ich poczynaniach.

W wyniku przeprowadzonej w majestacie prawa ekshumacji odznaczenia bojowe Rodowicza, które do trumny przypięła mu matka, znalazły się w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego.