Po wojnie

– Dobrze, że ta wojna się kończy. Nareszcie zabierzemy się do uczciwej roboty, bo czasem łatwiej walczyć niż normalnie pracować i żyć – mówił „Anoda” kolegom.

Student i archiwista

Nie pozostawił na piśmie ani słowa o sobie (z wyjątkiem podań, listów i dokumentów), ale towarzyszy broni zachęcał do spisywania wojennych przeżyć. Pracowicie kolekcjonował dokumenty.

– Olbrzymią zasługą Janka Rodowicza było nakłanianie nas, byłych „zośkowców”, do spisywania wspomnień z wojennej przeszłości oraz odszukiwania i zabezpieczania wszelkich materiałów historycznych na temat naszego batalionu. To Jankowi „Anodzie” zawdzięczać będzie polska historia, że na półkach księgarskich znalazło się pięć wydań „Pamiętników żołnierzy Baonu Zośka” – zwracał uwagę Stanisław Sieradzki „Świst”.

Sam „Anoda” zaczął studia, najpierw na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, a po intensywnej rehabilitacji ręki (którą przecież lekarze chcieli mu amputować) na wymarzonej architekturze. I pierwszymi ocenami w jego indeksie było sześć piątek, w tym jedna z plusem – za rysunek odręczny.

– Wspaniały chłopak. Utalentowany student, szalenie wesoły, koleżeński i przyjacielski. W ogóle bardzo wybitna indywidualność. Miał bardzo cięty język i kochał rozmaite polityczne dowcipy – opowiadała Anna Jakubowska „Paulinka”.

Na Politechnikę przychodzili młodzi ludzie, by zobaczyć legendarnego żołnierza, słynnego „Anodę”.

A on żył życiem normalnego studenta, choć jego koledzy podkreślają, że był aktywny ponad przeciętność – jeździł na nartach, z sukcesem startował w zawodach żużlowych, organizował wieczory artystyczne, w których sam występował. Tak, jakby tą aktywnością chciał nadrobić stracony przez wojnę czas.

– Jasiu, Jasiu, bój się Boga, w proszku ręka, ranna noga… – tego typu wierszykami mitygowali „Anodę” koledzy.

Barbara Wachowicz przypomina zachowane dowcipne wiersze z obozu studenckiego czy scenariusz otrzęsin z jesieni 1947 roku, które Rodowicz prowadził we fraku i cylindrze.

– Jego coś roznosiło! Może to tak jest, że ktoś, komu dane było żyć krótko, żyje szybko i intensywnie, i musi się wyładować – zastanawiała się, wspominając „Anodę”, jego koleżanka Danuta Winiarska „Słoninka”.

W latach okupacji i walki „Anoda” ani razu nie zatańczył. Tak sobie postanowił. Ale odbijał to sobie po wojnie, zakochany w Alicji Arens.

Zofia Rodowicz wspominała: Pamiętam jego ostatnie imieniny – w 1948 roku. Było ich u nas siedemdziesięcioro [...] układali plany, snuli marzenia, nareszcie tańczyli. Myślałam, że jednak jestem bardzo szczęśliwą matką – los ocalił dla mnie chociaż jedno dziecko, a przecież spotykałam matki, którym poginęli wszyscy…

Nie mogła przewidzieć, co już wkrótce spotka jej syna.

Wigilia z UB

W wigilijny poranek 1948 roku do drzwi Rodowiczów zapukała bezpieka. „Anoda” został aresztowany. Matka zdążyła mu jeszcze wsunąć kawałek opłatka do kieszeni.

Po ponad dwóch miesiącach rodzice Janka pismem z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zostali powiadomieni o jego śmierci. 2 marca z pomocą pracowników zakładu pogrzebowego zdołali zlokalizować mogiłę na Powązkach. Dwa tygodnie później odbyła się cicha ekshumacja w obecności rodziny. Pierwsza – Jan Rodowicz „Anoda” miał bowiem trzy pogrzeby.

Tajemnicy jego śmierci nie udało się rozwikłać do dziś, mimo oficjalnego śledztwa, prowadzonego już w latach dziewięćdziesiątych.

Wersja komunistycznej bezpieki to samobójstwo: więzień wyskoczył przez okno gmachu MBP przy Koszykowej 6. Rodzina od początku w to nie wierzyła, przekonana, że Jan Rodowicz został zamordowany.